Dziś wszystko jest trochę za bardzo i zbyt. Zbyt głośne, szybkie, męczące, na chwilę… Codzienność potrafi przytłoczyć, niezależnie od tego, jak dobre masz życie. I dlatego tak ważne jest, aby umieć znaleźć czas na ciszę. Na bycie tu i teraz. Tak po prostu. Ja taką równowagę zawsze odnajduję w górach. Tam bije moje serce

I kiedy poczułam, że zaczyna mi brakować oddechu, wiedziałam, że muszę iść go zaczerpnąć. Sama. I może to się wydać dziwne, ale nigdy dotąd nie byłam sama w górach, a tym bardziej sama nie nocowałam w schronisku. Tym razem było inaczej. Spakowałam plecak i mimo zaawansowanej już ciąży, ruszyłam w poszukiwaniu ciszy. Z uwagi na okoliczności wybrałam lekką i dobrze mi znaną trasę, ale uwierzcie mi, gdy dotarłam do Samotni, czułam się, jakbym zdobyła Everest 😉

Aura tego dnia nie była zbyt sprzyjająca. Lekka zadymka, która przerodziła się w dość mocny wiatr i mgła zatrzymały mnie w schronisku. Czas umilałam sobie gorącą herbatą i książką Wandy Rutkiewicz „Na jednej linie”. Jednak zanim dotarłam do schroniska, znalazłam to, czego szukałam. W zasadzie gdy tylko weszłam na szlak i zostawiłam za sobą zgiełk dnia codziennego, poczułam spokój. Nigdy nie przestanie mnie zdumiewać, jak natura, a w szczególności góry, potrafią wpłynąć na człowieka. Kocham ten stan.

Pogoda kolejnego dnia była łaskawsza i pozwoliła powędrować nieco wyżej. Jednak mimo wszystko aurze daleko było do perfekcyjnej zimy z pocztówek. Było raczej mrocznie i tajemniczo. Najpiękniej.

 

Wędrując pośród zaśnieżonych drzew, które szeptały smętną opowieść, snując się pośród mgieł i wciągając w nozdrza zapach wolności, odnalazłam swoją ciszę i swój spokój.

 

Bez dwóch zdań. W górach jest lepiej.